Wyróżnienia Pascala:

Poradnik Restauracje przydrożne
Przygoda z dobrą kuchnią (dodatek "Rzeczpospolita" z 1.09.2006 r.)
Piotr Rudzki
Nie jest to miejsce tanie, ale nikt nie mówi, że przy drodze, naturalnie jeśli usprawiedliwia to jakość potraw i składników, które do nich dodano, musi być wyłącznie tanio.
Menu pozostaje jednak bez zarzutu. Mocną jego stroną są zupy, nad których wymyśleniem ktoś dłuższą chwilę musiał popracować. Jadłam krem z pomidorów z bazylią i parmezanem. Gęsty, pikantny, do którego naprawdę już nic nie można dodać, bo zepsujemy smakowe proporcje. Zadowolona byłam nawet i z tego, że kucharz nie starał się być zalotny i nie położył na środku talerza z zupą listka bazylii. Posypał za to zupę świeżo startym serem. Oczywiście lubię patrzeć na piękne potrawy i zielona bazylia na czerwonym tle wyglądałaby pięknie, ale z pewnością wolę je jeść.
Krem z brokułów także nie był mdły, a dodatkowo jeszcze zakręcono jego smak szyjkami rakowymi. Jest jeszcze inna popisowa zupa - szafranowa z małżami. Kosztuje, jak inne, 20 złotych i jest to danie o smaku, którego warto spróbować. Jeśli ktoś ma ochotę na gorącą przystawkę zamiast drugiego dania, namawiałabym na pierś kaczki w sosie żurawinowym. Było to tak dobre, że nawet nie starałam się rozszyfrować, co dodano do sosu oprócz samych żurawin. Po prostu na chwilę przestałam pracować i tylko jadłam.
W dworach zazwyczaj wiedziano, jak przygotować dziczyznę. U Szczepańskich też wiedzą. Pieczeń z dzika była miękka, delikatna w smaku i pięknie wyglądała z dodatkiem kulek wyrzeźbionych z marchewki i takiego samego rozmiaru okrąglutkich kluseczek śląskich.
Innym niemal doskonałym daniem była sola z krewetkami. Dwa filety ryby zostały zwinięte, ugotowane chyba na parze i posadzone na kopczyku ryżu wymieszanego ze świeżym siekanym koperkiem. Na wierzchu znalazło się jeszcze mnóstwo jarzyn, ugotowanych na półchrupko, i usmażone na maśle krewetki. Też doskonałe danie, tyle że połączenie soli, ryżu i krewetek wydawało mi się trochę orientalne, ale miało jednak zbyt mało wyrazu. Nie wiem, czy nie byłoby dobrym pomysłem dodanie do ryżu siekanej kolendry zamiast kopru? Przecież dla kucharza u Szczepańskich zdobycie świeżej kolendry nie może być problemem, a zrobiłoby się trochę "fusion", co zresztą jest przecież charakterystyczne dla tej restauracji.
Alternatywą dla soli był warkocz z trzech mięs. Ale sztukę przygotowania tej potrawy posiadły już najróżniejsze, nawet nie wybitne restauracje, więc tutaj można było tylko spróbować, jak wieprzowina, wołowina i mięso z drobiu łączą się z sosem borowikowym. Z pewnością i to danie jest warte polecenia.
W sumie uczta i to naprawdę wyjątkowa. Późny obiad dla trzech osób kosztował nas 200 złotych. Pewnie, że w barze, kilkadziesiąt metrów dalej, należącym zresztą do tego samego właściciela, te same trzy osoby najadłyby się za trzydzieści złotych. Ale byłoby to tylko jedzenie, tutaj była wspaniała przygoda z kuchnią.
Sam dworek jest położony w oddaleniu od drogi, warkot samochodów dociera tutaj jako mało uciążliwe mruczenie albo szum. Pod koniec lata trochę uroku traci jedzenie na tarasie, bo widać wyraźnie, że nikt już nie ma serca do pielęgnowania kwiatów.
Dwór Szczepańskich w Woszczycach (Gazeta.pl)
Jarosław Gibas
Restauracja Dwór Szczepańskich, Woszczyce, ul. Długosza 1
Wokół małej, półkolistej sceny zbiera się spory tłum. Oto na wysokich koturnach pojawia się aktor i dobywa głosu, który mimo maski słychać aż po ostatnie rzędy. Jakież jest jednak zdziwienie widzów, kiedy po chwili tuż za aktorem pojawia się drugi. Jak to - mruczy tłum - po co ten drugi? W ten właśnie sposób, za sprawą przebiegłego Ajschylosa, rodzi się w teatrze dialog, bez którego nie byłoby zdecydowanej większości teatralnych przedstawień Jednak obserwatorowi tej sceny to nie aktorska rozmowa nie daje spokoju. Otóż w powietrzu wyczuł on delikatną woń, która bierze się z małych, mikroskopijnych ziarenek rozsypanych wokół sceny przed przestawieniem. By uzyskać garść tego pyłu należy wyhodować kilka tysięcy kwiatów Crocus sativus, które swoimi fioletowymi kielichami upstrzą połacie łąki aż po horyzont. Co więcej, na rozkwit tego kwiecia trzeba czekać aż do jesieni, bowiem w przeciwieństwie do innych kwiatów, kwitnie właśnie wtedy i tylko przez dwa tygodnie. Czy zatem można się dziwić, że wartość kilograma złota można porównać z wartością kilograma tej cennej przyprawy? Nie wiem, ile trzeba włożyć wysiłku w wydobycie i przetopienie kilograma złota, ale żeby uzbierać kilogram szafranu, o którym tutaj mowa, trzeba zerwać dwieście tysięcy kwiatów! Od razu inaczej smakuje, prawda?
Tak właśnie sobie pomyślałem, kiedy w Dworze Szczepańskich zamówiłem zupę szafranową z małży z dodatkiem anyżówki (20 zł). Dwór jak dwór - nieźle odremontowany, z delikatnym różem na ścianach, ozdobionych obrazami w ciężkich, "złotych" ramach. Jest bogato, wytwornie i przerażająco drogo. Nie dalej jak dwa stoliki obok siedział gość, głośno marudzący w temacie blanszowanych warzyw. Coraz więcej teraz takich "znawców", którzy w nadziei na zrobienie wrażenia na partnerce mówią: "te warzywa jakieś takie, nie takie", co świadczy najwyżej o tym, że gość w temacie kulinarnym nie ma wiele do powiedzenia, bo przecież jakby miał, to byśmy usłyszeli, co to znaczy "nie takie"! Szkoda tylko, że nie widzieliście jego miny, kiedy kelner rachunek przyniósł... Zgięło go, lekko zamroczyło i skrzywiło tak, tu pozwolę sobie znowu do teatru nawiązać, jakby właśnie przywdział grecką maskę tragiczną i oczywiście już więcej się nie odezwał. Tymczasem zaprzyjaźniłem się z zupą, biorąc pod uwagę, że największe kulinarne asy polecają właśnie szafran do małży, uznając, że przyprawione w ten sposób mają lepszy smak. Rzeczywiście dobre - w sam raz pod czerwone wytrawne Chateau Haute-Million (18 zł za lampkę!), które było na tyle dobre, że można się było skusić mimo tej astronomicznej ceny. Pod wino zaś powinno się spróbować jakiegoś ciemnego mięsa; najpierw chciałem zamówić medaliony, bo dobrze mi brzmiały, ale kelner stanowczo poradził, bym spróbował tutejszego warkocza z trzech mięs, z warzywami z wody, dufinkami i sosem borowikowym (58 zł). Wbrew marudzącemu "znawcy" dwa stoliki dalej, muszę przyznać, że warzywa były niczego sobie, chociaż największe wrażenie zrobił na mnie sos z borowikami. Dokładnie taki, by umoczona w nim kolejno wieprzowina, cielęcina i drób mogły zyskać nowy smakowy wymiar. Spróbowałem jeszcze ziemniaczanych wiórków, podawanych tutaj jako jeden z możliwych dodatków, który wygląda na talerzu jak wijące się zarumienione gałązki i muszę przyznać, że jest to bardzo ciekawy pomysł na niesztampowe przyrządzenie ziemniaków.
Trzeba przyznać, że u Szczepańskich jest całkiem przyjemnie, o ile człowiek zdąży otrząsnąć się po spłaceniu kredytu, który trzeba koniecznie wziąć, żeby tę restaurację odwiedzić. Respekt też budzi historia obiektu, sięgająca szesnastego wieku, w której najbardziej intrygującą postacią jest niejaki Piotr Woszczycki, uchodzący za awanturnika, któren dziabnął w karczmie własnego brata, po czym miał nieszczęście zginąć w bójce z ręki niejakiego Jerzego Kani. Historia ta jako żywo przypomina hulaszcze dzieje Białoskórskiego, jednego z bohaterów "Przeciw diabłom i infamisom" Józefa Hena. W pięknej finałowej scenie nieustraszony, a prawy starościc Wolski dźgnie szablą infamisa brodząc po kolana w potoku. Jednak żal nam Białoskórskiego, bo pewnie jak Piotr Woszczycki wiedział, jak dziewki chędożyć, jak w mordę w karczmie przylać i jak szablą robić. Wiedział też, że szafran w mięsiwie dodaje mu uroku, w myśl szlacheckiego zawołania: "Pieprzno i szafranno, moja mościa panno". Teraz ze szlachectwa został nam jeno szafranowy posypek i dziewki nie mniej ochocze. Całą resztę diabli..., o pardon: infamisi wzięli, bo też i dzisiaj jest ci u nas ich dostatek!
http://serwisy.gazeta.pl/cjg/1,33256,1798023.html
Sami o sobie :
Współpracujemy z Radiem Express, będąc jednym ze sponsorów audycji "Parowóz".
PAROWÓZ to program dla wszystkich tych, którzy chcą wybrać się na romantyczną kolację przy blasku świec.....a żeby tego było mało, to chcą usłyszeć na antenie Radia Express fm jak bliska im osoba reaguje na dość nietypowe, czasami wręcz nieprawdopodobne sytuacje! Masz przyjaciela, narzeczoną, męża, czy żonę....? Chcesz się świetnie bawić i zrobić komuś miłą niespodziankę? Jeżeli tak- wystarczy tylko, że wsiądziesz nami do Parowozu! Tu spełniają się nawet najskrytsze marzenia!! Ruszamy codziennie od poniedziałku do piątku tuż po 20.00. Głównym maszynistą jest Marcin Rachubka, który bacznie pilnuje, żebyśmy jechali po właściwym torze, natomiast węgla dosypuje nie kto inny, jak Ewa Hantulik. Więcej informacji na: http://www.radioexpress.pl/ramowka.php?id=20.